Moja rodzina od zawsze była dość nietypowa, żeby nie powiedzieć “dziwna”. Nie tylko moi rodzice, ale i dziadkowie, ich rodzice, rodzice ich rodziców, i tak dalej - wszyscy byliśmy inni.
W każdym pokoleniu wybierana jest jedna osoba w wieku 16 lat (zazwyczaj był to chłopak), która przechodzi przez szkolenie. Celem owego szkolenia jest rozbudzenie drzemiącej w tej osobie mocy (posiada ją każdy, ale nie wszyscy potrafią ją podźwignąć - przynajmniej teoretycznie) i osiągnięcie jej pełni. Kiedy nauczyciele stwierdzą, że uczeń opanował wszystkie umiejętności i że jest w stu procentach gotowy do wstąpienia do klanu, przygotowują specjalną uroczystość. Podczas jej trwania nastolatek oficjalnie staje się członkiem w/w klanu. Od tego czasu może legalnie przemieszczać się w czasie pod warunkiem, że nie zdradzi nikomu swojej tajemnicy. Ale nie to jest najważniejsze. Nie cofamy się w przeszłość ani nie wybiegamy w przyszłość ot tak, dla zabawy.
Mamy swoją misję.
Jest nią ratowanie życia. Nie mówię tu o ocalaniu śmiertelnie chorych lub starszych ludzi, których dni są policzone. Ratujemy ludzi, którzy ocierają się o śmierć zupełnie przypadkowo (no... nie zawsze), a których czas jeszcze nie nastał. Mówię tu na przykład o samobójcach. Nieostrożnych pieszych, wpadających pod samochód. Ludzi uprawiających różne sporty ekstremalne. Różnie bywa. Kiedyś (podobno) było łatwiej, ludzie nie ginęli w tak zastraszającym tempie. Nie było wtedy wypadków komunikacyjnych, narkotyków, grożących śmiercią wyczynów. Kiedyś ludzi traktowali swoje życie jak cenny skarb, a dzisiaj... szkoda słów.
Tak czy owak nasza misja jest bardzo ważna, wręcz niezbędna, ale i niebezpieczna. Bowiem sami jesteśmy śmiertelnikami i ratując czyjeś życie, często - niemal zawsze - narażamy własne.
Jak już mówiłam (pisałam) - nie mamy żadnych “supermocy”. Oprócz samego przemieszczania się w czasie, rzecz jasna, i wspomnianej wcześniej mocy, którą moja rodzina ma w sobie od zarania dziejów. Podczas szkolenia zdobywamy różne umiejętności, ale w żadnym wypadku nie są one nadnaturalne. Uczymy się tego samego, czego uczą się inni nastolatkowie w szkole średniej (albo raczej: czego uczy ich szkoła). Języki obce (dużo, duuużo języków), historia świata i sztuki, wiedza o kulturze, a także nauki ścisłe, jak geometria, algebra (nie znoszę), fizyka i astronomia, geografia i chemia. Oprócz tego mamy także zajęcia sportowe (pływanie, jeździectwo, sporty lekkoatletyczne, taniec i inne), podstawy techniki, gastronomii, krawiectwo i wiele więcej. Szkolenie trwa niecały rok, podczas gdy szkoła średnia trzy do czterech, więc musimy ostro zakuwać, aby ze wszystkim się wyrobić, ale można się przyzwyczaić.
A skąd ja tyle wiem na ten temat??
Tak, zgadliście. Jestem w trakcie szkolenia, mimo że nie jestem chłopakiem. Ostatnio taka sytuacja zdarzyła się około pięćset lat temu, za czasów króla Filipa I Pięknego (nie mnie oceniać, czy zasłużył sobie na taki przydomek) i Joanny Szalonej (nie jej wina, że cierpiała na chorobę psychiczną*), więc robię niezłą furorę.
I tu zaczyna się moja historia.
*- informacje oparte na faktach (wypadałoby raczej powiedzieć: domysłach, bo jest wiele sprzecznych teorii). Swoją drogą zapraszam się do zapoznania się z historią Joanny, chociażby na Wikipedii albo tu, może Was naprawdę zaciekawić. Jest także książka i film...;)
Chciałabym jeszcze podziękować bloggerce misia8848 za komentarz i obserwowanie. Mam nadzieję, że się nie zawiodłaś na tym rozdziale. ;)
Pozdrawiam Was cieplutko. xx ;*
Pozdrawiam Was cieplutko. xx ;*