czwartek, 25 lipca 2013

2.

Kolejny rozdział z serii “wprowadzenie”. Mam nadzieję, że nie zniechęci Was do czytania fakt, iż nic się w nim nie dzieje, nie ma dialogów, etc. Na swoją obroną mam jedynie to, że to jest pamiętnik głównej bohaterki, która opisuje w nim swoje przemyślenia i odczucia, więc nie będzie tutaj tylu dialogów, ile w kryminałach Agaty Christie. Poza tym musicie wiedzieć, że uwielbiam się rozpisywać (nie umiem inaczej), więc muszę wszytko dokładnie poopisywać. Ale to już ostatni taki rozdział... chyba. Później będzie ciekawiej... mam nadzieję. xx

Szkolenie jest podzielone na trzy fazy - początkową, środkową i końcową, inaczej podsumowującą. Jak możecie się domyślić, ja znajduję się w tej pierwszej i przez pewien czas jeszcze w niej pozostanę. Bo trzeba przyznać, że nie jestem zbyt pilną uczennicą.  Zazwyczaj nauczyciele wybierają na uczniów dzieciaki najbystrzejsze (jest nas kilka, chociaż “ten jeden” jest wybrany już na samym początku, żeby uczeń nie czuł się niekomfortowo sam na sam z nauczycielem), o wysokim ilorazie inteligencji. Podobno w moim przypadku też tak było, a uwierzcie, miałam z kim “konkurować” o pozycję przyszłego “podróżnika”, jak nazywają się członkowie klanu. Mam troje rodzeństwa - dwóch starszych braci i siostrę-bliźniaczkę. Moje ciocie i wujkowie też nie zamierzali poprzestać na jednym dziecku - mam 10 kuzynek i 12 kuzynów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że wszyscy są ode mnie starsi; nawet moja rodzona siostra, o marne 30 minut, przez co, a może “dzięki czemu” jestem oczkiem w głowie wszystkich krewnych. Ma to, rzecz jasna, swoje plusy i minusy, ale nie o tym chciałam pisać. Chodzi mi o to, że w moim pokoleniu, oprócz mnie, jest jeszcze 25 innych osób (które zdecydowanie przewyższają mnie intelektem), z czego 14 to chłopacy. W dodatku z całego kuzynostwa, sześcioro studiuje lub studiowało na Harvardzie, siedmioro w Oksfordzie, a pozostali mają w planach pójść do którejś z tych szkół. W mojej rodzinie wszyscy są genetycznie obciążeni chęcią nauki i zdobywania wiedzy... z małym wyjątkiem, czyli mną. A żeby Wam trochę przybliżyć... Kojarzycie może Ernesta Hemingwaya (trochę głupie pytanie, ale lepiej się upewnić)? To mój pradziadek. Nie miałam możliwości poznać go osobiście, co nie zmienia faktu, że samo to, iż znany na niemal całym świecie pisarz i laureat Nagrody Nobla jest moim krewnym, jest dla mnie zadziwiające. Chyba już sami się przekonaliście, że geniusz mam po prostu w genach.
Tylko on, jakby na przekór, nie chce się ujawnić. Tak czy owak, aktualnie jestem w trakcie trzeciego tygodnia szkolenia... Ups, zapomniałam o pewnym drobnym szczególe... U nas tydzień roboczy trwa 7, nie 5 dni, w związku z czym nie mamy praktycznie żadnej przerwy w nauce (pomijać święta i tego typu sprawy). Jednakże wszystkie zajęcia są tak rozplanowane, że nie muszę codziennie przez bitych 8 godzin siedzieć nad książkami. Oprócz teorii mamy także zajęcia praktyczne z gotowania, techniki, szycia i opieki nad niemowlęciem (fantastyczny przedmiot, uwielbiam go), w nocy mamy astronomię... Jest naprawdę w porządku, nauczyciele są życzliwi i mają mnóstwo cierpliwości, więc nie mam na co narzekać. Teoretycznie przynaj... - Hej, Alice! Oderwij się choć na chwilę od tego zeszytu i pomóż mi w kuchni! - zawołała z dołu moja mama. Jedynym jej królestwem jest kuchnia, więc jeśli już postanawia kogoś tam wpuścić, to musi mieć ku temu ważny powód. A skoro mnie woła... Chyba nie ma na co czekać.
- Minutka! - odkrzyknęłam i westchnęłam cicho. Chyba nie zapowiada się kolorowo, bo niby dlaczego mamy miałaby mnie wołać, skoro rozmawiałyśmy zaledwie 20 minut temu? Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak to sprawdzić.


 

Witajcie po długiej przerwie. Niby są wakacje, niby mniej obowiązków na głowie, a nadal na wszystko brakuje czasu. Przepraszam. Wiem, że rozdział jest słaby, ale lepiej go chyba nie potrafię napisać. Pozostaje mieć nadzieję, że następny będzie lepszy. ; )
Dziękuję za bardzo miłe komentarze pod poprzednim rozdziałem. Nawet nie wiecie, ile one dają radości i motywacji. Dziękuję. ♥
Do następnego. xx

niedziela, 30 czerwca 2013

1.

Moja rodzina od zawsze była dość nietypowa, żeby nie powiedzieć “dziwna”. Nie tylko moi rodzice, ale i dziadkowie, ich rodzice, rodzice ich rodziców, i tak dalej - wszyscy byliśmy inni.

W każdym pokoleniu wybierana jest jedna osoba w wieku 16 lat (zazwyczaj był to chłopak), która przechodzi przez szkolenie. Celem owego szkolenia jest rozbudzenie drzemiącej w tej osobie mocy (posiada ją każdy, ale nie wszyscy potrafią ją podźwignąć - przynajmniej teoretycznie) i osiągnięcie jej pełni. Kiedy nauczyciele stwierdzą, że uczeń opanował wszystkie umiejętności i że jest w stu procentach gotowy do wstąpienia do klanu, przygotowują specjalną uroczystość. Podczas jej trwania nastolatek oficjalnie staje się członkiem w/w klanu. Od tego czasu może legalnie przemieszczać się w czasie pod warunkiem, że nie zdradzi nikomu swojej tajemnicy. Ale nie to jest najważniejsze. Nie cofamy się w przeszłość ani nie wybiegamy w przyszłość ot tak, dla zabawy.

Mamy swoją misję.

Jest nią ratowanie życia. Nie mówię tu o ocalaniu śmiertelnie chorych lub starszych ludzi, których dni są policzone. Ratujemy ludzi, którzy ocierają się o śmierć zupełnie przypadkowo (no... nie zawsze), a których czas jeszcze nie nastał. Mówię tu na przykład o samobójcach. Nieostrożnych pieszych, wpadających pod samochód. Ludzi uprawiających różne sporty ekstremalne. Różnie bywa. Kiedyś (podobno) było łatwiej, ludzie nie ginęli w tak zastraszającym tempie. Nie było wtedy wypadków komunikacyjnych, narkotyków, grożących śmiercią wyczynów. Kiedyś ludzi traktowali swoje życie jak cenny skarb, a dzisiaj... szkoda słów.

Tak czy owak nasza misja jest bardzo ważna, wręcz niezbędna, ale i niebezpieczna. Bowiem sami jesteśmy śmiertelnikami i ratując czyjeś życie, często - niemal zawsze - narażamy własne.
Jak już mówiłam (pisałam) - nie mamy żadnych “supermocy”. Oprócz samego przemieszczania się w czasie, rzecz jasna, i wspomnianej wcześniej mocy, którą moja rodzina ma w sobie od zarania dziejów. Podczas szkolenia zdobywamy różne umiejętności, ale w żadnym wypadku nie są one nadnaturalne. Uczymy się tego samego, czego uczą się inni nastolatkowie w szkole średniej (albo raczej: czego uczy ich szkoła). Języki obce (dużo, duuużo języków), historia świata i sztuki, wiedza o kulturze, a także nauki ścisłe, jak geometria, algebra (nie znoszę), fizyka i astronomia, geografia i chemia. Oprócz tego mamy także zajęcia sportowe (pływanie, jeździectwo, sporty lekkoatletyczne, taniec i inne), podstawy techniki, gastronomii, krawiectwo i wiele więcej. Szkolenie trwa niecały rok, podczas gdy szkoła średnia trzy do czterech, więc musimy ostro zakuwać, aby ze wszystkim się wyrobić, ale można się przyzwyczaić.

A skąd ja tyle wiem na ten temat??

Tak, zgadliście. Jestem w trakcie szkolenia, mimo że nie jestem chłopakiem. Ostatnio taka sytuacja zdarzyła się około pięćset lat temu, za czasów króla Filipa I Pięknego (nie mnie oceniać, czy zasłużył sobie na taki przydomek) i Joanny Szalonej (nie jej wina, że cierpiała na chorobę psychiczną*), więc robię niezłą furorę.

I tu zaczyna się moja historia.





*- informacje oparte na faktach (wypadałoby raczej powiedzieć: domysłach, bo jest wiele sprzecznych teorii). Swoją drogą zapraszam się do zapoznania się z historią Joanny, chociażby na Wikipedii albo
tu, może Was naprawdę zaciekawić. Jest także książka i film...;)

Chciałabym jeszcze podziękować bloggerce misia8848 za komentarz i obserwowanie. Mam nadzieję, że się nie zawiodłaś na tym rozdziale. ;)
Pozdrawiam Was cieplutko. xx ;*

sobota, 29 czerwca 2013

0.

“Cześć! Witam na moim pierwszym blogu!
Może na początek się przedstawię: Jestem Vanessa, mam 16 lat i pochodzę z małego, włoskiego miasteczka, leżącego niedaleko Mediolanu. Jak możecie wywnioskować na podstawie mojego imienia - nie jestem stuprocentową włoszką, mam bowiem angielskie korzenie.”

Eh, kogo ja próbuję oszukać.

Raczej nie lubię kłamać, ale ostatnio przychodzi mi to wyjątkowo łatwo. Przykład powyżej: a) nigdy nie miałam ani nie będę mieć bloga, ponieważ zwyczajnie nie mogę (mam zakaz); b) nie mam na imię Vanessa, tylko Alice, nad czym bardzo ubolewam; c) z wiekiem wyjątkowo się zgadza - szesnaście lat ukończyłam nieco ponad dwa tygodnie temu; d) wcale nie pochodzę z Włoch. Mieszkam w okrutnie upalnej Hiszpanii (wierzcie mi, na dłuższą metę to wiecznie świecące Słońce staje się koszmarem, wiec nie ma czego zazdrościć), z Anglią też nie mam żadnego powiązania. Jeśli już chodzi o moje korzenie, to szwagier kuzyna mojego taty (czyli daleki wujek) był Amerykaninem, nic więcej. Więc skąd moje angielskie imię? Moja rodzina uwielbia wyróżniać się z tłumu, co naprawdę znakomicie jej wychodzi. Mam nadzieję, że takie wyjaśnienie Wam wystarczy, bo szczerze, to sama nie wiem, czemu nazywam się tak, jak się nazywam.

I to chyba już wszystko, jeśli chodzi o wyjaśnienia, które należały Wam się po tym przepełnionym kłamstwami wstępie...


Napisałam “Wam”? To zabawne. Chyba naprawdę mam w sobie skrytą potrzebę założenia bloga, żeby nie musieć dusić tych wszystkich przemyśleń w sobie lub ewentualnie - jak poleciła mi moja mama, co w tym właśnie momencie realizuję - w tym grubym zeszycie w kratkę z szarą okładką, potocznie zwanym pamiętnikiem. Problem w tym, że - jak już wspomniałam - nie mogę. Może to zabrzmi idiotycznie, ale od tego czy to zrobię, czy nie, ważą się losy świata.


Nie, nie jestem chora psychicznie, choć z pewnej perspektywy faktycznie może to tak wyglądać. I nie, nie jestem żadną istotą magiczną, jak Stróż, anioł ciemności, wampir czy inne. Jestem zwyczajnym człowiekiem z krwi i kości.


Z jednym, małym wyjątkiem.


Umiem przemieszczać się w czasie.




Witajcie na moim kolejnym blogu. Powyżej macie taki krótki wstęp, mam nadzieję, że się spodoba. :) Jeśli będzie jakiś odzew z Waszej strony, jutro dodam 1. rozdział. :) Pozdrawiam cieplutko i miłego dnia, Stokrotki. ;* xx

Witam

Co tu dużo mówić?
Witam i zapraszam do czytania! ; )