Kolejny rozdział z serii “wprowadzenie”. Mam nadzieję, że nie zniechęci Was do czytania fakt, iż nic się
w nim nie dzieje, nie ma dialogów, etc. Na swoją obroną mam jedynie to, że to jest pamiętnik głównej bohaterki, która opisuje w nim swoje przemyślenia i odczucia, więc nie będzie tutaj tylu dialogów, ile w kryminałach Agaty Christie. Poza tym musicie wiedzieć, że uwielbiam się rozpisywać (nie umiem inaczej), więc muszę wszytko dokładnie poopisywać. Ale to już ostatni taki rozdział... chyba. Później będzie ciekawiej... mam nadzieję. xx
Szkolenie jest podzielone na trzy fazy - początkową, środkową i końcową, inaczej podsumowującą.
Jak możecie się domyślić, ja znajduję się w tej pierwszej i przez pewien czas jeszcze w niej pozostanę. Bo trzeba przyznać, że nie jestem zbyt pilną uczennicą.
Zazwyczaj nauczyciele wybierają na uczniów dzieciaki najbystrzejsze (jest nas kilka, chociaż “ten jeden” jest wybrany już na samym początku, żeby uczeń nie czuł się niekomfortowo sam na sam
z nauczycielem), o wysokim ilorazie inteligencji. Podobno w moim przypadku też tak było, a uwierzcie, miałam z kim “konkurować” o pozycję przyszłego “podróżnika”, jak nazywają się członkowie klanu.
Mam troje rodzeństwa - dwóch starszych braci i siostrę-bliźniaczkę. Moje ciocie i wujkowie też nie zamierzali poprzestać na jednym dziecku - mam 10 kuzynek i 12 kuzynów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że wszyscy są ode mnie starsi; nawet moja rodzona siostra, o marne 30 minut, przez co,
a może “dzięki czemu” jestem oczkiem w głowie wszystkich krewnych. Ma to, rzecz jasna, swoje plusy
i minusy, ale nie o tym chciałam pisać. Chodzi mi o to, że w moim pokoleniu, oprócz mnie, jest jeszcze 25 innych osób (które zdecydowanie przewyższają mnie intelektem), z czego 14 to chłopacy. W dodatku z całego kuzynostwa, sześcioro studiuje lub studiowało na Harvardzie, siedmioro w Oksfordzie,
a pozostali mają w planach pójść do którejś z tych szkół. W mojej rodzinie wszyscy są genetycznie obciążeni chęcią nauki i zdobywania wiedzy... z małym wyjątkiem, czyli mną. A żeby Wam trochę przybliżyć... Kojarzycie może Ernesta Hemingwaya (trochę głupie pytanie, ale lepiej się upewnić)?
To mój pradziadek. Nie miałam możliwości poznać go osobiście, co nie zmienia faktu, że samo to,
iż znany na niemal całym świecie pisarz i laureat Nagrody Nobla jest moim krewnym, jest dla mnie zadziwiające.
Chyba już sami się przekonaliście, że geniusz mam po prostu w genach.
Tylko on, jakby na przekór, nie chce się ujawnić.
Tak czy owak, aktualnie jestem w trakcie trzeciego tygodnia szkolenia... Ups, zapomniałam o pewnym drobnym szczególe... U nas tydzień roboczy trwa 7, nie 5 dni, w związku z czym nie mamy praktycznie żadnej przerwy w nauce (pomijać święta i tego typu sprawy). Jednakże wszystkie zajęcia są tak rozplanowane, że nie muszę codziennie przez bitych 8 godzin siedzieć nad książkami. Oprócz teorii mamy także zajęcia praktyczne z gotowania, techniki, szycia i opieki nad niemowlęciem (fantastyczny przedmiot, uwielbiam go), w nocy mamy astronomię... Jest naprawdę w porządku, nauczyciele są życzliwi i mają mnóstwo cierpliwości, więc nie mam na co narzekać. Teoretycznie przynaj...
- Hej, Alice! Oderwij się choć na chwilę od tego zeszytu i pomóż mi w kuchni! - zawołała z dołu moja mama. Jedynym jej królestwem jest kuchnia, więc jeśli już postanawia kogoś tam wpuścić, to musi mieć ku temu ważny powód. A skoro mnie woła... Chyba nie ma na co czekać.
- Minutka! - odkrzyknęłam i westchnęłam cicho. Chyba nie zapowiada się kolorowo, bo niby dlaczego mamy miałaby mnie wołać, skoro rozmawiałyśmy zaledwie 20 minut temu? Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak to sprawdzić.
Witajcie po długiej przerwie. Niby są wakacje, niby mniej obowiązków na głowie, a nadal na wszystko brakuje czasu. Przepraszam. Wiem, że rozdział jest słaby, ale lepiej go chyba nie potrafię napisać. Pozostaje mieć nadzieję, że następny będzie lepszy. ; )
Dziękuję za bardzo miłe komentarze pod poprzednim rozdziałem. Nawet nie wiecie, ile one dają radości i motywacji. Dziękuję. ♥
Do następnego. xx